PLASTYCZNE HAIKU BUDNEGO

Banasiak
/
„Teren”, 2005.
„Oczy w lustrze” (fragmnet), 2008.
MICHAŁ BUDNY, bez tytułu, 2008 „Bez tytułu”, tektura, papier, folia, 100 cm x 70 cm x 1 cm, 2008. Fot. Raster.
„Idiot's mask”, 22 x 33 x 40, 5 cm, 2008. Fot. Raster.

Zaczęło się prozaicznie. – Moją pierwszą galerią był i jest warszawski Raster, do którego zgłosiłem sie jako dwudziestosześciolatek. Od zawsze wiedziałem, co pociąga mnie w życiu, co zajmuje i co chcę robić, jednak nie umiałem podjąć decyzji jak zorganizować ten zbiór: życie, mój charakter, pasje i zainteresowania. Warszawska galeria dala początek zawodowym możliwościom. Wcześniej nigdzie nie pracowałem. Prace powstawały zawsze – opowiada Michał Budny. Ale potem tak prozaicznie już nie było. Na debiutanckiej wystawie w Rastrze w 2003 roku publiczność poznała rzeźbiarza niezwykłego. Budny pokazał wówczas m.in. rzeźby zgniecionych kartek papieru – niewysłanych listów, książek (kolorowych, więc chyba z klasycznej serii Nike), ogłoszeń, discmanów, czy zabytkowego dziś modelu Nokii o numerze 3310. Wszystko to wyrzeźbione z materiałów kojarzących się z zajęciami plastycznymi dla dzieci: kartonu, kleju, taśmy klejącej i kolorowego papieru. Zgrzebne, chropowate, wcale nie tak perfekcyjne, jak chcieliby niektórzy krytycy. – Nieprzypadkowo używam tektury, papieru i drewna. To materiały, które łatwo ulęgają sile i czasowi, a nietrwałość jest później ważnym elementem wszystkich prac. Jednak niesłusznie podkreśla się precyzję wykonania moich rzeźb, to dla nich krzywdzące – deklaruje artysta.


Ale prawdziwe olśnienia przyszły później. Na wystawie Światło w CSW Zamek Ujazdowski w 2004 roku Budny zaprezentował rzeźbę strumienia światła wpadającego do pokoju, a konkretnie trzech jego elementów, „załomów”. W ten sposób powstały trzy ascetyczne, monochromatyczne rzeźbiarskie abstrakcje-nie abstrakcje. Podobnie zaskakująca była praca przedstawiająca deszcz padający na domy: artysta wyrzeźbił go z falistej tektury, która w tym ujęciu przypominała ukośne strugi. Aby uzyskać iluzję trójwymiarowości, miejsca, w których stały budynki, Budny pozostawił puste. Na tej samej zasadzie wyrzeźbił swój pokój: to praca, w której ważniejsze jest to, czego nie ma niż to, co jest. Skrajnie oszczędna forma – „dziurawy” kubik ze sklejki – to plastyczne opakowanie pustki, ramy przestrzeni, z których artysta „powyrywał” meble, okna i drzwi. Obie te realizacje możemy oglądać na obecnej wystawie w CSW Zamek Ujazdowski.


Rzeźba, i to bynajmniej nie tylko ta klasyczna, kojarzy się z czymś mocnym, stabilnym, trwale osadzonym na podłożu. Tymczasem Budny nie tylko używa „słabych”, wiotkich i bardzo delikatnych materiałów, ale także tworzy rzeźbiarskie emanacje przedmiotów pozornie nieistotnych, a na pewno mało spektakularnych. Pozornie, bo za każdą rzeźbą kartki papieru, mapy, lustra czy nawet stanów atmosferycznych i zjawisk, kryją się realne emocje, bardzo konkretne źródło inspiracji. – Większość prac to realizacje pomysłów sprzed jakiegoś czasu, kilku miesięcy lub roku. Nie „produkuję” swoich prac na bieżąco, lecz raczej wtedy, gdy zdarzają się ku temu ważne okazje (najczęściej prywatne) lub ciekawe zawodowo okoliczności – mówi artysta. Aby nazwać styl Budnego, Łukasz Gorczyca ukuł określenie „ciepły minimalizm”. – Prace Budnego, zwłaszcza te nowsze, na pierwszy rzut oka kojarzą się poetyką konstruktywizmu czy minimalizmu, ale jeśli przyjrzeć się im bliżej, widać, że wyróżnia je szczególny rodzaj ciepła wynikający z użycia ciepłych i miękkich materiałów, dużej dozy intuicji, a nawet spontaniczności w kształtowaniu formy – deklaruje Gorczyca.


„Ciepły minimalizm” to niewątpliwie trafny termin, jednak czegoś w nim brakuje. Odsyłając do pojęć z zakresu historii sztuki i kwestii technologicznych, pomija egzystencjalny wymiar tej sztuki. Sam artysta mówi krótko: „Wszystkie prace są o człowieku. Banalnie: człowiek, życie, Bóg, dobro i zło. Codziennie zasypiam z wielkim zakłopotaniem: co to znaczy i czym jest?”. Bo rzeźby Budnego to rodzaj „plastycznego haiku”, niezwykle esencjonalna, rygorystyczna poezja zamknięta w surowej, geometrycznej formie „ociosanej” z wszelkich zbędnych elementów. Oglądając te prace, w głowie świta myśl, że abstrakcja to siostra bliźniaczka muzyki, a Wasilij Wasiliewicz Kandinskij nie robił może nic innego, jak wizualizował dźwięki. Budny też odwołuje się do muzyki: w serii ośmiu rzeźb przedstawia nie tylko dalekie reminiscencje konkretnych instrumentów, ale także samych dźwięków. Pierwsza praca z tego cyklu nosi tytuł Muzyka 1 (koncert).


Wystawy w Rastrze i CSW Zamek Ujazdowski uzupełniają wyrwę powstałą w skutek praktycznej nieobecności prac Michała Budnego w polskich instytucjach. Wyjąwszy incydentalne przypadki, kiedy na zbiorowych pokazach prezentowano pojedyncze rzeźby, przez ostatnich pięć lat rodzima publiczność musiała zadowolić się reprodukcjami na stronach internetowych zagranicznych galerii. To dlatego nadrabianie zaległości warto zacząć od przekrojowej wystawy w CSW Zamek Ujazdowski. Ekspozycja Prace zajmuje całą dolną galerię i w sposób niemalże kompletny rekonstruuje wszystkie wątki twórczości artysty. Wystawę otwierają fenomenalne, monumentalne realizacje Przepaść i Cisza: odpowiednio czarna, monochromatyczna tafla i szara, kartonowa bryła zawieszona nisko nad podłogą i ciasno wypełniająca przestrzeń. Aby przejść dalej, trzeba przeciskać się między ścianą a rzeźbą. Kapitalnie wypada Drzewo, dwa drewniane dyski mające wizualizować nie tyle formę drzewa, co odczucia, jakich doznajemy (a przynajmniej doznaje ich Budny) w jego obecności. Jest więc wielka, podwieszona pod sufitem „korona” i niemalże przytulny „stołeczek” ustawiony na ziemi.


Prace dowodzą, że Budny już dawno przestał być „majsterkowiczem”, oraz że bynajmniej nie używa on jedynie kartonu i kleju. Jednak dopiero wystawa w Rastrze pokazuje, jak wszechstronnym rzeźbiarzem jest dziś Budny. W przeciwieństwie do Prac, Światło zajmuje tylko jedno pomieszczenie, jednak nagromadzone w nim niewielkie obiekty kumulują wielką energię. Budny pokazuje w Rastrze prace jak na niego niemal rozbuchane, organoleptyczne, „tłuste”. Drewniany blat to wprawdzie nadal minimalizm, jednak już nie „ciepły”, ale „organiczny” – artysta pokrył go bowiem miodem. Jest też pomalowana na czarno tuleja wypełniona wodą, która odbija farbę, w skutek czego „zamienia się” w gęsty, lepki smar. Podobnie inne rzeźby: owinięte folią i taśmą, utaplane w farbie, są w pewien sposób niedbałe, pełne dezynwoltury. Jakby artysta porzucił je w pół drogi, choć w białym kubiku galerii widać, że był to dokładnie ten moment, w którym należało przerwać pracę. Z kolei na ścianie inna nowość w dorobku Budnego: cyfrowa projekcja z tancerzem wykonującym choreografię zaprojektowaną przez artystę.


Kilka z prac pokazanych w Rastrze pochodzi już z 2009 roku, ale Budny mówi, że taka różnica w charakterze obu wystaw to przypadek. Z punktu widzenia publiczności przypadek niewątpliwie szczęśliwy. Tym bardziej, że artysta zdaje się pracować równie lapidarnie, jak lapidarne są jego rzeźby. – Fizycznie pracuję bardzo mało, przykładowo 10 dni w miesiącu. Nie wykonuję szkiców czy rysunków, wszystko wcześniej powstaje w głowie na tyle precyzyjnie, że wiem, jakich materiałów i narzędzi użyć, lub kto i w jaki sposób jest mi potrzebny przy realizacji pracy – opowiada Budny. Jednak niewątpliwie w ciągu ostatnich pięciu lat Budny stworzył na tyle dużo, by uznać go za jednego z najwybitniejszych artystów swojego pokolenia. I prawdopodobnie najwybitniejszego rzeźbiarza.


Prace, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa, do 26 kwietnia

Światło, Raster, Warszawa, do 28 marca


Tekst ukazał się w "Kulturze", dodatku do "Dziennika" z dnia 20 marca 2009 r.